My nieśmiertelni (1)

Książka, ebook, za darmo, Kołobrzeg, Chodzież, My nieśmiertelni, Janusz StrugałaCzerwonobrunatna linia horyzontu, szybko malejącą poświatą zachodzącego słońca, zwiastowała pogodny i kolejny ciepły dzień. Daleko w morzu widać było dwie jednostki, zapewne kutry rybackie. Płynęły spokojnie. Bałtyk też był dzisiaj spokojny. Fale bez impetu wpadały na szeroką, piaszczystą plażę. Piotr zdjął słuchawki i odsunął stolik z laptopem. Spoglądał zadumany gdzieś w bezkres niekończącej się, granatowej wody. Spełniły się jego marzenia. Urodził się 200 km od morza, ale przyjeżdżał tu, będąc dzieckiem, praktycznie co roku. Tu, w Kołobrzegu, mieszkała siostra jego mamy, ciotka Nina. Mieszkali z mężem w małym, peerelowskim, dwupokojowym mieszkaniu, z ciemną kuchnią. W tych czasach, a były to lata 70. ubiegłego stulecia zdobycie mieszkania było wbrew pozorom o wiele prostsze i łatwiejsze niż później, po przewrocie w latach 80. Co prawda mieszkania, często służbowe, nie były szczytem sztuki budowlanej, zawszeć to jednak kawałek własnego kąta. Ciotka Nina i jej mąż Jurek pracowali w zakładzie, który produkował kondensatory. Firma ta, z prostą i ładną nazwą ELWA, zaspokajać mogła potrzeby producentów sprzętu elektronicznego w całym kraju, być może też eksportowała kondensatory za granicę. Piotr doskonale pamiętał rodzinne, wakacyjne wypady do Kołobrzegu i zachwyt, jakiego doznawał zawsze na widok bezkresnej wody. Później, po latach Kołobrzeg stał się dla niego miejscem ucieczki i sposobem zarabiania na życie. Było to od zawsze miasto wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju. To tu, zjeżdżali się latem wczasowicze w liczbie, która w setkach procent powiększała liczbę tubylczej, mieszkającej tu na stałe ludności. To się nie zmieniło i tak w zasadzie dzieje się w każdej nadmorskiej miejscowości. Tyle, że Kołobrzeg jest inny, to miasto – uzdrowisko. Specyficzny klimat i lecznicze błota powodowały, że również jesienią i zimą kołobrzeskie sanatoria są pełne kuracjuszek i kuracjuszy. Ulice i nadmorski pasaż pulsują wesołym życiem. Tak było i jest do dzisiaj, więc to miasto się różni od innych, które po letnim sezonie praktycznie wymierają na 10 miesięcy. Piotr był muzykiem i wokalistą, muzyka była właściwie nieodłączną częścią jego życia. Bardzo ważną z zawodowego punktu widzenia i szczerej pasji, która zawładnęła nim do późnej starości. Teraz, mając już ponad 60 lat, wciąż chętnie siadał przed klawiaturą albo brał do ręki gitarę. Świat dźwięków, coraz wymyślniejsze, doskonalsze barwy i brzmienia karmiły jego wysublimowaną duszę i zmysły. Zawsze myślał i marzył o tym, że kiedyś na stare lata stać go będzie na kupno apartamentu z widokiem na morze i tak się stało. Bałtyk jest niepowtarzalny jak kadry zdjęć. Nigdy się nie powtarza, nie powiela się. Zawsze można znaleźć w szerokiej panoramie morza unikalne przestrzenie, układy chmur, koloryt fal, zachodzącego słońca… Piotr był w tym rozmiłowany. Codziennie rano, o każdej porze roku rozsuwał szeroką, szklaną ścianę swojego apartamentu i rozkoszował się widokiem z dwunastego piętra. Od morza dzieliło go jakieś 100-150 m. Czuł jego zapach, wręcz aromat pieniących się fal. Nieodłącznym elementem tego krajobrazu były mewy i rybitwy, z którymi przestał walczyć, ich widok był dla niego i dla turystów zapewne też wyjątkowy. Ptaki codziennie oblegały poręcz tarasu, zostawiając na całej jego szerokości ślady swojej bytności. Piotr dokarmiał je, kupował w markecie naturalny pokarm, ziarna i skubaczki dla ptaków, które wysypywał na dość sporej platformie w narożniku tarasu. Zamontował ją tam w nadziei, że ptaszyska ograniczą swoje bytowanie tutaj, tylko do tego wyznaczonego miejsca. Szybko przekonał się, że ptaki żyły własnym kodeksem i zupełnie inaczej widziały to miejsce, znajdując tu pokarm i przestrzeń życiową pojmowaną dosłownie. Najgorsze były pamiątki, które zostawiały w pełni lata, gdy na drzewach wisiały wiśnie i czereśnie. Piotr długo nie mógł pojąć, jak to się dzieje, że tej wielkości ptaki wydalić mogły guano w takiej ilości i o takim zabarwieniu. Po chwili zadumania ocknął się, usłyszawszy natarczywy sygnał telefonu komórkowego. Spojrzał na ekran, uśmiechnął się do siebie i swoich myśli. Dzwoniła Eliza, tak jak on samotna, z wyboru rozwódka. Po kilku latach małżeństwa rozeszła się z mężem i jakoś nigdy nie miała ani szczęścia, ani okazji, by związać się z kimś innym. Piotr odebrał połączenie.
– Cześć, co tam Elizko? Już się stęskniłaś? Usłyszał uśmiech drugiej strony.

– Tak. Wyobraź sobie, że bardzo. Pogadałam przed chwilą z Damianem. Wciąż nie mogę tego
pojąć, przyzwyczaić się do tej sytuacji, zrobiliście coś niesamowitego.
– Wiem, czuję to samo, chociaż ja mam z nim inną, czysto rodzinną relację, jak wiesz. Odpowiedział Piotr, nabierając w płuca rześkiego, morskiego powietrza.
– Ja też z nim rozmawiałem, właśnie wyłączyłem laptopa i rozkoszuję się widokiem.
– Och, jak ja ci zazdroszczę…
– Elizko, skoro tak, to bywaj mi tu zaraz, wypijemy wieczorną herbatę i posiedzimy na tarasie. Jest ciepło i przy mnie przytulnie, jak wiesz.
– Cóż, ja zawsze chętnie, ale jestem już w pieleszach…
– Co?! O tej godzinie – zdumiał się Piotr. Znowu usłyszał śmiech po drugiej stronie.
-Tak. Wyobraź sobie, że tak. Wróciłam zmęczona z dyżuru, coś tam przekąsiłam, wskoczyłam pod prysznic i dalej pewnie się domyślasz…
– No tak, wyobrażam sobie, kołderka pod brodą i włączony telewizor.
– O! Łotrze! Znasz mnie na wylot! A ty masz jakieś plany na wieczór? Myślałam, że biegasz z
aparatem po plaży. Wiesz… Słuchałam dzisiaj twojej płyty. Niesamowite, o mało nie spóźniłam się do pracy. Założyłam słuchawki i odleciałam.
– Dziękuję Elizko, wiesz, że jesteś dla mnie wyrocznią muzyczną.
– Proszę, nagraj jeszcze jedną płytę, mam nadzieję, że muzycznie jeszcze do końca się nie wypaliłeś.
– Też mam taką nadzieję, chociaż przyznam, że coraz trudniej o nowe pomysły aranżacyjne i melodyczne. Wiesz, nie chciałbym się powtarzać. To nie jest tak jak z fotografią. Zdjęcia, to samograje, nigdy się nie powtórzą.
Piotr od kilku tygodni pracował nad nowym materiałem. Chciał nagrać płytę z dedykacją właśnie dla niej, dla Elizy. Nie grała na żadnym instrumencie, a szkoda, bo miała bardzo wyczulony muzycznie słuch. Nieraz zadziwiła go niezwykle trafnymi uwagami, które równie dobrze mógłby usłyszeć z ust zawodowca. Piotr od dziecka marzył o gitarze, o tym, żeby w ogóle ją mieć. Wychowywał się bez ojca, miał młodszą siostrę i starszego brata. Matka sama musiała uporać się z kosztami utrzymania mieszkania i zapewnieniem jako takiego bytu okrojonej rodzinie. Ta sytuacja spowodowała, że nie mógł ot, tak sobie prosić mamę, czy kogokolwiek o kupno gitary, a myślał i marzył o niej bardzo długo, sam pewnie nie wiedząc dlaczego. Być może była to fascynacja dźwiękiem, barwą tego instrumentu. Przypomniał sobie, że modlił się skrycie i oto wreszcie gitara pojawiła się w ich domu, ale… Dostał ją w prezencie jego starszy brat Andrzej, który co prawda też był odpowiednio zorientowany muzycznie, nigdy jednak nie traktował tego poważnie. Brat nie chciał, żeby ktokolwiek dotykał instrumentu, ustawiając gitarę opartą o ścianę, robił na niej ryskę na wysokości ostatniego klucza. Sprawdzał potem, czy gitara stała w tym samym miejscu. Piotr odkrył to po jakimś czasie i brał gitarę, traktując ją jak relikwie, próbując uczyć się pierwszych dźwięków, nut i akordów. Ta fascynacja trwa do dzisiaj i nabyte umiejętności pozwoliły mu godnie i bezproblemowo, zwłaszcza finansowo żyć. Nagrał kilkanaście autorskich płyt i wszystkie zostały wydane. Tantiemy ze sprzedaży, to miód, który leje się na jego serce i konto bankowe regularnie, w połowie każdego miesiąca.
– Hej, jesteś tam? Usłyszał w telefonie.
– Tak, jestem, przepraszam, zamyśliłem się. Mówiąc to, uśmiechnął się do swoich myśli.
– Tak, trochę się wypaliłem, przyznaję się, ale to dla ciebie chyba jeszcze zrobię. Wiesz, oktawa ma tylko osiem dźwięków, plus półtony. To daje naprawdę ograniczone pole działania. Zagrano już miliony kompozycji, melodii, i powiem ci, podziwiam ludzi, którzy potrafią wyczarować coś zupełnie nowego melodycznie i harmonicznie doskonałego.
– Ja w ciebie wierzę. Musisz tworzyć, dopóki masz sprawne palce i całą resztę, ha, ha, ha.
– Dobre. Przyznał Piotr.
– Zwłaszcza ta cała reszta.
– OK, zostawiam cię ze swoimi myślami, spotkamy się jutro?
– Myślę, że tak. Jak zawsze Elizko.
– No to bywaj, zadzwoń rano, jutro mam wolne, możemy pospacerować po plaży i skoczyć jak zwykle do czekoladziarni. Co ty na to?
– Jak na lato. Odpowiedział rubasznie Piotr.
– To do jutra, śpij dobrze.
– Nie siedź za długo, pa!
Piotr rozłączył się i spojrzał na zdjęcie Elizy w swoim telefonie. Poczciwa kobieta, pomyślał. Trochę za bardzo wymagająca, krytyczna i wyobcowana, ale to właśnie spowodowało, że się spotykali i od razu przypadli sobie do gustu i serca. Eliza była młodsza o 10 lat, pracowała jako szefowa pielęgniarek w jednym z kołobrzeskich sanatoriów. Poznał ją na portalu randkowym. Kołobrzeg – to miasto biznesu. Piotr szybko zorientował się, że nie znajdzie tu kobiety takiej, jakiej szukał. Jest tu chyba, bo zawsze było, dużo ludzi majętnych, co wynika ze specyfiki tego miasta. Co prawda jedno nie wyklucza drugiego, ale ludzie zajęci biznesem są nim pochłonięci do końca, nie mają lub tracą tę specyficzną wrażliwość, która pozwala oderwać się od codzienności i inaczej spojrzeć na świat, kosmos, zanurzyć się w świecie liryki, poezji, muzyki. Piotr najlepiej czuł się w towarzystwie muzyków, ludzi zawodowo związanych z internetem, fotografią, mediami. Od szkolnych lat, oprócz muzyki, pasjonowała go również fotografia, mając w tym kierunku niepospolity talent i to, co wyróżnia fotografików od pstrykaczy – to inne, wrażliwe spojrzenie. W latach 60. i 70. nie używało się aparatu jak karabinu maszynowego. Teraz w dobie fotografii cyfrowej można robić tysiące zdjęć bez kosztów. Wtedy było inaczej. W aparat wkładało się film – kliszę, na której można było zrobić 12 albo 36 zdjęć. Mało tego, filmy były rarytasem. Piotr, mając dobre układy w sklepie fotograficznym, mógł kupić kilka rolek na miesiąc. Takie ograniczenia powodowały, że każde ujęcie musiało być przemyślane i artystycznie bez zarzutu. Miał taki dar kierowania obiektywu na otaczający świat, że większość wywołanych zdjęć była artystycznym dziełem. Drugą bolączką fotografujących był sprzęt, który kosztował niebotyczne pieniądze. Polska, będąca wówczas pod „opieką” ZSRR, była izolowana od świata zachodniego, a najlepszy sprzęt można było sprowadzić właśnie stamtąd. Aparat Zenit był bardzo popularny, ale technicznie byle jaki. W fotografii ówczesnej, podobnie jak dzisiaj, znaczenie miała nienaganna optyka, a więc obiektywy. One stanowiły bramkę, która przepuszcza światło, malując na kliszy fotografowany obraz. Dzisiaj jest to matryca cyfrowa, która też ma znaczenie w końcowej jakości zdjęć. Piotr zaraził się fotografią, elektroniką i muzyką gdzieś na przełomie 6 i 7 klasy szkoły podstawowej, mając zaledwie 11 – 12 lat. Później sam, ucząc dzieci fotografii i muzyki, z żalem stwierdził, że mało jest ludzi z tą pasją i wrażliwością. To było dane od Boga. W oczach dziecka był ten błysk albo obojętność, a na lekcje przychodzili, bo tak chcieli ambitni rodzice. Zdarzyło mu się uczyć dzieci niezwykle uzdolnione i żal mu było rozstawać się z takimi uczniami. Z drugiej strony cieszył się, że odsyła w świat szeroki, te artystycznie ukierunkowane talenty. Powiało chłodną bryzą, wszedł do apartamentu i założył ciepłą bluzę. Horyzont powoli zastygał w ciemnej, dwubarwnej tęczy. Tam, gdzie zniknęło słońce, pozostał jaśniejszy krąg, reszta nieba powoli zasnuła się gwiazdami. Postawił obok siebie miskę z płatkami orzechowymi i lekkim drinkiem. Wygodnie rozsiadł się w fotelu i patrząc w niebo, znowu myślami błądził po latach, które go kształtowały, żałując, że urodził się w państwie komunistycznym, co patrząc z perspektywy lat, bardzo ograniczyło jego możliwości i późniejsze poczynania zawodowe. Fotografią zafascynował go nauczyciel fizyki, pamiętał wciąż jego imię i nazwisko – Jerzy Wilburski. Był to człowiek, który różnił się od innych pedagogów, oddany swojej pracy i pasjom, które z zaangażowaniem i powodzeniem przekazywał chętnym i zdolnym uczniom. To on prowadził kółko fotograficzne na zapleczu pracowni fizycznej i tam Piotr spędził setki, jeśli nie tysiące godzin. Chodził do szkoły numer 2, która mieściła się nieopodal bloku, w którym mieszkał, a urodził się i spędził dzieciństwo w Chodzieży, mieście położonym między Piłą i Poznaniem. Miasto skądinąd znane na całym świecie z bardzo dobrej jakości porcelany, którą tam produkowano. W tych zakładach pracowała jego mama, Krystyna. Ciemnia, w której wywoływali zdjęcia, była bardzo mała, podzielona na dwie części. Dzisiaj młodzi ludzie, mając w komórkach aparaty wysokiej jakości, nie mają wyobrażenia o tym, jak kiedyś wywoływało się zdjęcia. Naświetlony w aparacie film wyjmowany był w całkowitej ciemności i po omacku wkręcany w szpulę koreksu. To pudełko, okrągłe, z tworzywa, posiadało spiralne rowki, w które wysuwało się kliszę, potem szczelnie zamykało. Tam umieszczony film zalewało się wcześniej przygotowanym płynem – wywoływaczem, na ściśle określony czas. Po jego upływie wylewało się i film trzeba było spłukać wodą. Koreks posiadał wyprofilowane wloty i wyloty, wszystko oczywiście światłoszczelne. Po wodnej kąpieli do koreksu wlewano utrwalacz. Płyn ten zabezpieczał film przed ciemnieniem, konserwował go na długie lata. Po utrwaleniu, znowu płukany był długo wodą. Wyjęcie wywołanej kliszy było przeżyciem podobnym do przeglądania zrobionych teraz zdjęć na ekranie komputera, jednak adrenalina była niewspółmiernie większa. Film oglądało się pod światło i był to… Negatyw! W dodatku czarno – biały, z odcieniami szarości. To, co było w świecie realnym białe, tu było czarne. Film wieszało się na haczyku do dokładnego wysuszenia. Po tym zabiegu można było przystąpić do wywoływania zdjęć. Piotr myśląc o tym, znowu uśmiechnął się do siebie, przypominając sobie, że podarował swojemu 10 – letniemu synowi, Miłoszowi, kamerę cyfrową z możliwością robienia zdjęć i filmów w bardzo wysokiej rozdzielczości. Po roku miał już własny komputer! Piotr zawsze pozytywnie myślał o czasie dziejowym, w którym przyszło mu żyć. W czasach jego młodości nie było komputerów. Były siermiężne aparaty telefoniczne na korbkę, elektronika w powijakach, pierwsze odbiorniki telewizyjne. Jego pokolenie było, i według niego wciąż jest, świadkiem niesamowitego postępu techniki, która nadal rozwija się z ogromnym impetem. Wracając myślami do tej dawnej ciemni fotograficznej, zaczął sobie przypominać pojedyncze zdjęcia, które robił i wywoływał. Jego dzieci i w ogóle młodzi ludzie nie mają pojęcia, co to jest powiększalnik. Był to optyczny rzutnik, do którego wkładało się między dwie szybki wywołany i wysuszony film, negatyw. Na dole, pod obiektywem powiększalnika, kładło się papier fotograficzny. Powlekany warstwą światłoczułą wywoływany był w kuwetach, podobnie jak klisza w koreksie, z tym że to, co na kliszy było białe, na papierze było potem czarne. Światło prześwietlające kliszę w powiększalniku zostało zatrzymane na ciemnych partiach obrazu. Powodowało to jakby powrót do oryginału, odwrotność negatywu. Tak więc wywołane zdjęcie stawało się realnym, prawdziwym, zarejestrowanym obrazem. W ciemni, jak sama nazwa wskazuje, było po prostu ciemno. O ile kliszę zakładało się w całkowitej ciemności na szpulę koreksu, to zdjęcia wywoływało się przy nikłym świetle czerwonym, o określonym paśmie, które nie naświetlało papieru. Dzięki temu fotograf mógł cały czas kontrolować zaciemnienie pojawiającego się na jego oczach obrazu. To było fascynujące, zwłaszcza, gdy robiło się duże powiększenia. To uczucie znają już nieliczni. Ci, którzy lata temu wywoływali zdjęcia. Piotr z żalem pomyślał, że na wiele lat rozstał się z aparatem fotograficznym, zawodowo związał się ze stacją telewizyjną i dla niej produkował programy, zamieniając aparat na kamerę video. Później wrócił do fotografii, a wiedza jaką zdobył, bardzo mu się przydała w pracy z kamerą. Z żalem pomyślał też o nauczycielu fizyki, którego wyrzucono z pracy, właśnie przez niego. Był zwyczaj, że uczniowie w październiku bodajże, wyjeżdżali na wykopki, zbierając na polach ziemniaki. Nikt tego nie lubił, praca była ciężka. Z drugiej strony dzieciaki nabierały szacunku do niej i do ludzi, którzy na co dzień musieli tak pracować. Pewnego dnia klasa pojechała na takie wykopki. Piotr kumplował się z Adamem Marciniakiem, którego ojciec pracował jako dość wysoko postawiony urzędnik w Kuratorium Oświaty. Wysiadając z autobusu, dzieciaki od razu wybiegły na pole, po którym przejechał już kombajn ziemniaczany i widać było wszędzie odkryte bulwy. Piotr pokazał Marcinowi świetną, jego zdaniem zabawę. Wziął prosty kij, nadział na jego końcówkę bulwę ziemniaka, potem machnął kijem, a ziemniak siłą odśrodkową wyleciał kilkadziesiąt metrów. Adamowi spodobał się pomysł, wziął kij z nadzianym ziemniakiem i wyrzucił go równie daleko. Niestety, nauczyciel zobaczył to i podbiegł do niego zdenerwowany. Wyszarpnął mu z ręki kij i symbolicznie kopnął w tyłek. Adam poskarżył się w domu. Za czynną napaść na ucznia nauczyciel został zwolniony z pracy. Piotr się z tym źle czuł, sprowokował tę sytuację i nawet teraz myśląc o tym, czuł się nieswojo. Jerzy Wilburski był wyjątkowym człowiekiem i nauczycielem, pasjonatem, to właśnie on go ukierunkował. Będąc jedynym, a może najważniejszym z podopiecznych, robił rzeczy, których nikomu nie powierzał. W tych czasach dzieciaki oglądały filmy w szkole, które były wyświetlane z projektorów podobnych do tych, których wciąż używa się w kinach. Piotr jako jedyny obsługiwał ten projektor i miał okazję dzięki temu urywać się z innych lekcji, za którymi nie przepadał. Różnił się od innych, lubił fizykę i chemię, miał już od wczesnych lat dar swobodnego wypowiadania się, również w piśmie. Przypomniał również sobie dziwną sytuację na egzaminie maturalnym. Pisał o Żeromskim, uczniowie mieli chyba cztery godziny na napisanie pracy. On zapisał 6 stron w ciągu godziny i wyszedł z sali. Jak się potem okazało, szukano go po całej szkole. Komisja pomyślała, że wyszedł do ubikacji, a on po prostu już skończył. Rozmyślając o szkole, Piotr uświadomił sobie, że w zasadzie nie ma żadnego kontaktu z dawnymi koleżankami i kolegami. Być może dlatego, że po ukończeniu szkoły podstawowej, wyjechał do innego miasta, do Trzcianki, tam kontynuował naukę w technikum. Długo miejsca tam nie zagrzał, spowodowała to ciężka sytuacja finansowa. Mieszkał na stancji, a mama miała na utrzymaniu jeszcze dwójkę rodzeństwa. Nigdy nie spytał jej, czy ojciec płaci na ich utrzymanie. On sam zawsze marzył o tym, by pójść do szkoły o profilu elektronicznym, a jedyna w pobliżu znajdowała się w oddalonym o 120 km Białogardzie. W ich położeniu, było to niemożliwe. Podobnie było ze studiami, lecz Piotr był obdarowany tyloma talentami, że nigdy nie odczuwał później żadnych braków w wykształceniu, tym bardziej, że maniakalnie czytał książki i periodyki techniczne. Przypomniał sobie jeszcze jeden fakt. Będąc w siódmej klasie, zobaczył u kolegi na biurku listy z Japonii i strasznie zdziwiony spytał Waldka Krupę, bo tak się ów nazywał, co to jest i skąd je ma. Waldek pokazał mu gazetkę „Mozaika angielska”, powiedział, że jakiś czas temu zaczął uczyć się tego języka. Gdyby Piotr teraz miał przed oczami te listy, pewnie uśmiałby się do łez. To były proste zdania, być może przepisane gotowce z książki lub gazetki. To był impuls i bakcyl, który spowodował, że Piotr strasznie zapragnął uczyć się angielskiego i też pisać z Japonkami. To nie trwało długo. Kupował gazetki i kupił książkę, dzięki której poznał podstawy języka. W tamtych latach dzieci uczyły się w szkole języka rosyjskiego, angielski nie był mile widziany, jako język zza żelaznej kurtyny, język wrogów komunizmu i socjalizmu. Minęło kilka tygodni i również dostał pierwszy list z Japonii. Imię tej dziewczyny pamięta do dzisiaj! To była Etsuko. Te listy pokazywał później w szkole, czym zdumiał kolegów i nauczycieli. Waldek Krupa… Hmm… Był dla niego synonimem bogactwa. Miał swój pokój, był jedynakiem. Rodzice mieli samochód i własny garaż. Zawsze mu zazdrościł, mieli podobne zainteresowania. Po szkole Waldek wyjechał do Poznania i ich drogi się rozeszły. Znajomość angielskiego okazała się później zbawienna dla Piotra. I gdy dumał o tym, czuł wdzięczność i nawet teraz mógłby podziękować Waldkowi. O ile żyje – pomyślał… Piotr całe późniejsze życie był całkowicie niezależny i samodzielny. Wpływ na to miało zapewne rozejście się rodziców, miał wtedy 11 lat. Mama poznała późniejszego ojczyma i też się wyprowadziła, mieszkała u niego. On z siostrą i bratem mieszkali długo sami, ucząc się gospodarowania i porządku. To była dobra szkoła życia, pomyślał, Sam zresztą też się wyprowadził później do Poznania, gdzie skończył technikum na Dębcu i podjął pierwszą pracę. Znowu zadzwonił telefon. Piotr spojrzał na ekran i nie zdziwił się, znając Elizę.

– Hej wiem, nie możesz zasnąć?
– Znasz mnie jak zły szeląg – usłyszał w odpowiedzi.
– Wypiłem kawę po osiemnastej i też nie mam żadnych skojarzeń na spanie.
– No to ja podobnie. Odpowiedziała Eliza.
– Wciąż sobie powtarzam, żadnych kaw po południu i masz, nie wytrzymałam. Co robisz? Jak cię znam, wypatrujesz tsunami na morzu?
– Heh, tsunami powiadasz… Tak, ale w mojej głowie. Siedzę i przewija mi się w pamięci cała młodość. I dziwne… Kiedy tak kojarzę dawno zapomniane fakty, to wciąż przypominają mi się nowe. To tak, jak bym ożywił nieczynne sektory pamięci na moim twardym dysku.
– Z tego, co mówi Damian, rzeczywiście gdzieś to się magazynuje i wystarczy iskra, by wróciły zapomniane chwile. On jest żywym przykładem, oj! Zapomniałam, przepraszam.
– Nie szkodzi Elizko. Boję się nawet pomyśleć, co by było, gdyby eksperyment się nie udał.
– Co tam widzisz na morzu? Zmieniła temat Eliza.
– Jak to na morzu, niby nic się nie dzieje, ale napatrzeć się nie mogę. Właściwie, to tak zatopiłem się we wspomnieniach, że woda jest tylko tłem, a kto wie, może to ona spowodowała, że tak mnie dzisiaj naszło. No, kochana. Już po 23.00. Chętnie bym z tobą pogadał, ale wiesz, jaka jesteś, jak nie prześpisz swojego limitu. Chcę cię jutro świeżą i cyrną!
– Cyrna? Co to znaczy?
– No właśnie, tak kiedyś mówiliśmy o kimś, kto jest wyspany i pełen energii.
– Postaram się zapamiętać. Tak myślę… Coś miałam dla ciebie zrobić…
– Tak Elizko, miałeś zabrać z pracy ten miernik tłuszczu w tłuszczu.
– Ha, ha. No tak, już wiem. Myślę, że niepotrzebnie się przejmujesz. Przed dwoma laty, kiedy się poznaliśmy, miałeś spory brzuszek, teraz nie ma po nim śladu. Chciałabym z tobą biegać, ale znasz mnie, leniuch, to byłby komplement.
– Tobie bieganie nie jest potrzebne, masz figurkę jak nastolatka. Stwierdził przekornie Piotr.
– Oj, nie przesadzaj, chyba że lubisz te moje oponki.
– Elizko, jak coś będzie nie tak, to sam zaproponuję ci bieganie po plaży.
– No dobra, zgoda. Usłyszał Piotr, po czym pożegnał się z przyjaciółką.
Wstał, zgasił światło w salonie. Co prawda miał zainstalowane wtyczki zapachowe przeciw komarom, ale nie chciał budzić się z bąblami na rękach i twarzy. Zrobił sobie kolejnego drinka, przewidując, że sen pewnie nie tak szybko go zaskoczy. Miał problemy z zasypianiem. Wstawał w środku nocy, siadał przed komputerem albo włączał projektor. Czuł senność i znużenie, ale to nie gwarantowało, że po powrocie do łóżka od razu zaśnie. To pewnie związane z wiekiem i małą aktywnością fizyczną, pomyślał. Organizm nie chce wypoczywać, bo nie ma po czym, a nie miał w zwyczaju zasypiać w dzień. Podobnie w pociągu, czy w samochodzie – nie mogło go zmorzyć nawet największe znużenie i zmęczenie. Jutro po spacerze z Elizą i tradycyjnej szklaneczce gorącej czekolady miał w planie dwa występy. Mimo podeszłego wieku wciąż grywał na gitarze, zachwycając publiczność stylem i poziomem wykonawczym. Z upodobaniem grał dla wiekowej publiczności, tej która wciąż pamiętała Carlosa Santanę, Elvisa Presleya, Franka Sinatrę, Claptona i innych, których muzyką zachwycał się od zawsze i na której się wychował. Pochodził z miasta, w którym od wczesnych lat 60. odbywały się Ogólnopolskie Warsztaty Jazzowe. Ta muzyka, płynąca z serca, improwizowana, klimat jam sessions spowodowały, że tu czuł się najlepiej. Nie grał z zespołami już od dawna, kupował w internecie profesjonalne podkłady tematów jazzowych i na żywo dogrywał solówki i partie gitarowe. Grał na gitarze klasycznej, jej brzmienie było naturalne i wyjątkowo bogate, nie zmieniane efektami i niepotrzebną elektroniką. Miał w palcach i w sercu dar, rzadki dar, wydobywania bogatych, choć granych solowo, pojedynczych dźwięków. Takie umiejętności zdobywa się po wielu latach obcowania z instrumentem. Doceniała to publiczność, nagradzając go rzęsistymi brawami i kupując autorskie płyty z autografem. Od wielu lat występował pod artystycznym pseudonimem Yano Music. Ludzie, którzy od lat przyjeżdżali do Kołobrzegu, wiernie przychodzili na jego koncerty. Piotr, oprócz popisów gitarowych, czarował także słuchaczy unikalnym wokalem. Nie był typem podrywacza, lecz całe życie miał świadomość, że tym co robi, działa na kobiety. Miał wiele propozycji i niedwuznacznych sytuacji damsko-męskich, jednak będąc w stałych związkach, był wierny swoim żonom, no… Może z jednym wyjątkiem, co będzie sobie wyrzucał do końca życia. Położył drugiego drinka obok fotela i zapadł w nim ciężko. Apartamentowiec znajdował się w przybrzeżnym pasie, nie dochodziły tu praktycznie wcale odgłosy ruchu ulicznego, a w sezonie letnim ruch turystów nie był uciążliwy, wszak to 12. piętro. Piotr oparł głowę o zagłówek fotela i spojrzał w niebo. Bezchmurne tego dnia odsłoniło tysiące gwiazd. Jak zwykle w takich chwilach zaczął zastanawiać się nad sensem życia i tym, co czeka tam… O ile w ogóle czeka. W poważnych rozmowach i rozważaniach z przyjaciółmi zadawał kilka prostych pytań, na które nie ma odpowiedzi. Będąc dzieckiem, wierzył dziecięcą wiarą w Boga i w to, że to on stworzył świat. Nie miał nic przeciwko kościelnym doktrynom, które były właściwe, by odpowiednio wychować dzieci. Do pewnego momentu powinny wierzyć i czuć palec boży, jeśli rodzicielski się nie sprawdzał. Piotr był ministrantem. Z tego okresu zapamiętał kilka sytuacji, bywało że zabawnych. Ministranci lubili chodzić z księdzem po kolędzie. To był długo oczekiwany moment, ponieważ przynosili do domu miedziaki, którymi obdarowywali ich wierni. Ksiądz zabierał kopertę z banknotem, taki zwyczaj. On też zapewne czekał na święta, nie oszukujmy się, powołanie i kościół, to sposób na życie jak każdy inny. Pewnego dnia Piotr kolędował ze swoim kolegą Jankiem Plewą, który mieszkał piętro wyżej w tym samym bloku. Miał siostrę i młodszego brata Tadzia. Obaj byli ministrantami. Ich rolą było pukanie do drzwi. Jeżeli rodzina przyjmowała księdza, wówczas wchodzili do mieszkania lub domu i śpiewali kolędę. Potem przychodził ksiądz, odmówił krótką modlitwę, poświęcił kropidłem i zostawał tam sam, ministranci szli do następnej rodziny. Piotr pamięta do dzisiaj tę sytuację. Weszli do mieszkania i zaśpiewali tylko krótkie intro. Janek klepnął go w bok i pokazał obraz na ścianie. Był duży i przedstawiał nagą kobietę w pozycji leżącej. Chłopaki nie mogli opanować ataku śmiechu, kilka razy próbowali zaczynać od nowa, wreszcie wejście księdza uratowało ich z tej opresji.
Pamiętał także, z jakim namaszczeniem wysypywał w domu zarobione pieniądze. Druga sytuacja, może już nie tak zabawna, zdarzyła się w zachrystii, był tam wówczas ze swoim bratem, Andrzejem. Pokłócili się o coś i poszturchiwali. Stojący nieopodal ksiądz, który ubierał się do mszy, stracił cierpliwość i walnął ich po głowach grubym mszałem. Bracia oczywiście natychmiast się uspokoili, mając wciąż przed oczami wirujące gwiazdy. Piotr próbował sobie przypomnieć, kiedy przestał chodzić do kościoła, tym bardziej do spowiedzi. O ile będąc dzieckiem, nie była ona niczym, co powodowałoby bunt, to u dorosłego mężczyzny pojawił się bardzo szybko.
– Jakże to możliwe – myślał – aby dorosły, inteligentny i poukładany facet opowiadał o swoich grzesznych uczynkach drugiemu facetowi za drewnianą kratką… Sama wiara w Boga pojmowanego jako jakiś niepojęty, kosmiczny byt, długo była dla niego dylematem. Wynikało to z ograniczeń, jakie nam zafundowało przeznaczenie. Ludzie nie wiedzą, czy są sami we wszechświecie, kto ich stworzył, dlaczego, kiedy i jak powstał kosmos, który jak się teraz dowiadujemy ze zdjęć satelitarnych, przeraża nas swoimi rozmiarami. Trudno tu mówić o nieskończoności, to jest dla nas zupełna abstrakcja. Być może śmierć jest jakimś rodzajem przejścia świadomości w inny wymiar, do innego, chyba już niematerialnego świata. Piotr patrząc w gwiazdy, znowu głęboko się nad tym zastanawiał, wiedząc, że nic nowego nie wymyśli. Z wielkim żalem, pretensją wręcz do losu, pomyślał, że jeśli takiego przejścia nie ma, to krótkie relatywnie nasze życie tu na Ziemi jest ogromną niesprawiedliwością. Po chwili oczy wypełniły się łzami… Nie myślał bynajmniej o sobie, przeżył 60 lat w dobrym zdrowiu, miał życie ciekawe, urozmaicone i co najważniejsze – twórcze. Na myśl przyszły mu miliony niewinnych, młodych istnień, ofiar wojen, chorób i wypadków wszelakich. Jeżeli to nieodwracalne i jednorazowe mamy pojawienie się na tym łez padole, to kosmiczny stwórca chyba zadrwił z nas, dając nam rozum i świadomość. Na świecie jest kilka wiodących religii i są one w pewnym stopniu zbieżne, być może był taki czas, że szeroko pojęty Bóg stworzył życie na tej planecie, tylko… Kiedy, kto i dlaczego stworzył Boga… Tak można by w nieskończoność, ludzie chcą w coś wierzyć i tak będzie, bo nie chcą przyjąć do świadomości, że po śmierci zamienią się tylko w kupę psującego się mięsa. Zupełnie inaczej to wyglądało jeszcze z 50 lat temu. Rodzice i dziadkowie, bez tej całej otoczki technologicznej, komputerów, satelit, internetu, byli ograniczeni w postrzeganiu świata i kosmosu. Teraz, zwłaszcza młodzi ludzie, tracą bezpowrotnie kontakt z religią i kościołem, są do życia nastawieni konsumpcyjne i rozrywkowo. Tyle, że nauka nie zrobiła w tej kwestii nawet małego kroku naprzód. Wszystko byłoby w miarę jasne, gdybyśmy odkryli życie na innych planetach albo udowodniono by niezbicie kontakty z UFO lub ich obecność tu na Ziemi. Kościół ma ogromne wpływy, może być tak, że blokuje takie informacje, bo nagle okazałoby się, że cała religia, to błazenada, nie wspominając o milionach ludzkich istnień, zabijanych na przestrzeni wieków w imię krzyża, to ofiary na stosach i całe podbite narody. Piotr wzdrygnął się i spojrzał na nikłe światełka, migające daleko w morzu. Po lewej miał latarnię morską, która długą łuną światła wysyłała sygnały zagubionym na morzu. Tych zagubionych w dobie satelitarnej nawigacji już praktycznie nie było, ale latarnie wciąż są w użyciu, tak na wszelki wypadek, raczej jako ciekawostka architektoniczna i turystyczna. Dla Piotra była symbolem tego miasta, nie tylko dla niego. Była widoczna we wszystkich katalogach, mapach, opisach reklamowych i widokówkach. Teraz nie pokusiłby się już, aby wspinać się na taras widokowy krętymi schodami. Był tam kilka albo nawet kilkanaście lat wcześniej. Widok na Kołobrzeg, plażę i morze był rzeczywiście genialny, no i ten wiatr, który jak się wydaje turystom, mógłby ich z tego tarasu porwać. Kilkanaście lat temu wpadł na ciekawy pomysł, aby stworzyć fotograficzny album miasta. Kupił aparat z opcją robienia zdjęć panoramicznych i biegał po Kołobrzegu, dokumentując, nawet odkrywając nowe miejsca, nieznane mu zabytki. To miasto jest wyjątkowe również pod tym względem. Są tu tysiące miejsc, które warto zobaczyć. Starówka, porty, bulwar nadrzeczny, parki, osiedla, hotele, muzea, sanatoria, molo, pasaż nadmorski i wiele innych, które sukcesywnie odwiedzał i fotografował. Wiedział, że przeciętny turysta, będąc tu nawet dwa tygodnie, nie zdoła tego wszystkiego zobaczyć. Jego album już po kilkunastu dniach zawierał prawie 1000 wyselekcjonowanych zdjęć. Mając zawodowe spojrzenie na ten temat, stworzył unikalny dokument fotograficzny. Zdjęcia zgrywał na płyty opatrzone kolorową kopertą i sprzedawał turystom z kraju i zagranicy. Łączył to z projekcją na żywo i swoimi koncertami. Tak więc to miasto po raz kolejny dało mu szansę zarabiania niezłych pieniędzy, ale on podchodził do tego mniej prozaicznie. Gdy robił te zdjęcia, miał prawie 60 lat, na każdym zostawił swoje faksymile. Powoli zdawał sobie sprawę z tego, że jego egzystencja tu, na tym świecie, może skończyć się niespodziewanie, w każdej chwili. Od dawna myślał o tym, żeby poza dziećmi, zostawić tu po sobie trwały ślad. Była muzyka, sprzedawał tysiące płyt. Były teksty piosenek, które w pewnym okresie pisał hurtowo.
Był w końcu ten album i setki tysięcy pojedynczych kadrów, w które wpisał pikselami swoje imię i nazwisko. Było to widoczne tylko przy dużym powiększeniu obrazu. Robił to wszystko, nie mając pojęcia o tym, co wydarzy się trochę później z jego kuzynem Damianem. Teraz problemy religii, życia po życiu, były jakby mniej dokuczliwe, miał świadomość, że będzie mu dane przyglądać się światu przez następne setki, a może tysiące lat. Z tą myślą pogrążył się w lekkiej drzemce, ocknął się po dwudziestu minutach, wykąpał i położył spać. Obudził się tuż po siódmej, chyba nie z własnej woli. Ogromne ptaszyska, jak co dzień rano, oblegały poręcz tarasu i piskliwym skrzekiem mogłyby umarłego z grobu wywabić. Piotr spojrzał na to ptasie grono, nabrał w pojemnik mieszankę ziaren i ostrożnie rozsunął drzwi. Przyzwyczaiły się do tego codziennego rytuału dokarmiania, a bywało tak, że nie odfruwały spłoszone, tylko cierpliwie czekały, aż zniknie w salonie, zamykając drzwi. Wówczas dopadały do ziaren, dziobiąc pospiesznie. Zauważył, że zawsze jest jeden osobnik, który broni dostępu do karmnika. Po jakimś czasie najadły się wszystkie, a potem już po resztki zlatywały się mniejsze ptaki. Piotr zerknął na kalendarz, była połowa września, już za parę dni musi wymienić Damianowi akumulator podtrzymujący pracę systemu operacyjnego. Umył się i zaparzył lekką kawę. Od lat starał się jeść tylko rzeczy lekkostrawne, bogate w witaminy i enzymy, a więc świeże owoce i warzywa. Rano nigdy nie wyciskał soków, robił to zwykle dwie godziny przed obiadem. Spojrzał na zegarek, umówił się z Elizą na długi spacer – zerknę jeszcze do sieci i zadzwonię do niej – pomyślał. Włączył laptopa i monitor, był to właściwie 40. calowy odbiornik telewizyjny full HD. Mógł bez wysiłku czytać zawartość ekranu, nie używając okularów. Odebrał pocztę i otworzył portal społecznościowy. Nic ciekawego, żadnych nowych wpisów. Było kilka minut po ósmej, pomyślał o Elizie. Nie chciał jej budzić tak wcześnie. Na spacer pójdą o dziesiątej. Włączył kuchenkę ceramiczną i postawił na niej czajnik z wodą. Pomyślał, że druga, mocna kawa dobrze mu zrobi. Nie miał jakoś najmniejszej ochoty, aby cokolwiek zrobić w internecie, a czasu miał za mało, aby włączyć cyfrową nagrywarkę i próbować coś nagrywać.
– To kwestia weny, podobnie jak u pisarzy – pomyślał, usprawiedliwiając swoje lenistwo. Lubił grać na instrumentach, lubił nagrywać nowe, własne utwory. Był samowystarczalny, miał wysokiej klasy instrument klawiszowy, który pozwalał szybko nagrać odpowiedni podkład muzyczny w dowolnym stylu. To tak, jakby palcami lewej ręki zastępował orkiestrę lub zespół jazzowy. Nowoczesne style do złudzenia przypominają żywe instrumenty, a w każdym stylu miał dodatkowo osiem wariacji. To było niezwykle wygodne dla każdego solowego instrumentalisty, który w warunkach domowych mógł realizować profesjonalne nagrania. Piotr kupił niedawno 24. śladowy, wysokiej klasy recorder cyfrowy, który miał w sobie wszystko, co jest i powinno być na wyposażeniu studia nagrań. Urządzenie wielkości małej walizki – niesamowite – przyznał, patrząc na segment apartamentu, gdzie stały instrumenty i całe wyposażenie, myśląc także o tym, jakie miał marne możliwości, nagrywając pierwszy materiał ze swoją koleżanką i wokalistką, Justyną Adamczak. Robili to na piętrze domu jednorodzinnego. Ich znajomy, Loniu, który nagrywał i kopiował na potęgę tak zwaną wówczas muzykę chodnikową, zaproponował im nagranie całej, własnej kasety. Miał co prawda wysokiej klasy sprzęt jak na owe czasy, ale był to jednak tylko magnetofon kasetowy i całość nagrywana była na żywo, bez możliwości edycji i poprawek. Piotr nagrał z Justyną dwie kasety, to były początki jego muzycznych dokonań. Termin „Muzyka chodnikowa” utarł się wśród producentów i klientów, ta nazwa miała prostą genezę. To były lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. Na bazarach, czy wręcz na chodnikach stali sprzedawcy, rozkładając kasety na byle blacie. Popyt był ogromny, to był czas przełomu. Po płytach analogowych i pocztówkach dźwiękowych, kasety magnetofonowe stały się najpopularniejszym nośnikiem. Piotr sam, jak sobie przypominał, chodził po ulicach z małym kaseciakiem. To tak jak dzisiaj telefon komórkowy i para słuchawek. To były muzycznie bardzo burzliwe czasy, powstało wiele kultowych zespołów, takich jak The Beatles, Deep Purple, Led Zeppelin, Bee Gees, ABBA i wiele innych. Podobnie działo się w naszej rodzimej muzyce rozrywkowej, a rynek zaczęła zdobywać muzyka dance i Disco Polo. Ta idylla trwała kilkanaście lat, a polegało to na tym, że nikt nie respektował praw autorskich. Loniu, u którego Piotr nagrywał, miał ścianę ustawionych jeden na drugim magnetofonów-kopiarek. Nagrywał od rana do wieczora, tak wielkie było zapotrzebowanie rynku. Później to się zmieniło i podobnie było z programami komputerowymi. Sprzedawano pirackie kopie na bazarach za 10 złotych. Praktycznie można było za grosze kupić każdy program. Piotr żachnął się na myśl o tych piratach, po kilku latach miał z tym problem, sprawa skończyła się w sądzie. Gdzieś w szpargałach miał okładki tych swoich kaset, nagrań niestety już nie. Druga kaseta zawierała jego autorskie piosenki, już wtedy próbował pisać i komponował muzykę, miał, o ile dobrze pamiętał 23 lata. Justyna, z którą zawodowo się rozstał nadal śpiewała i zrobiła wokalną karierę. Znana była z formacji „Justyna i Piotr”, lecz tamten Piotr pochodził z Wągrowca. Niestety, po nagraniu kilku płyt, zmęczony trasami zrezygnował, wróciwszy na łono rodziny. Zajął się zawodowo videofilmowaniem. Z filiżanką herbaty Piotr wyszedł na taras. Poranna bryza niosła zapach morza i delikatnie falowała czubkami drzew. Postawił filiżankę na stoliku i wrócił po kajet i długopis. Rano miał zawsze otwartą głowę i rześki umysł, zwłaszcza po porannej kawie lub herbacie. Siadał wówczas na tarasie, o ile aura na to pozwoliła i pisał. Pisał teksty piosenek, wiersze, opowiadania. Kiedyś zupełnie nie miał na to czasu, a teraz nie mając zawodowych zobowiązań, no i rodzinnych przede wszystkim, chętnie brał pióro i tworzył. Napisanie tekstu piosenki nie zabierało mu dużo czasu, bywało, że po kilkunastu minutach odkładał notatnik zadowolony, a nieraz biedził się kilka godzin. Dzisiaj miał chyba dobry dzień, po piętnastu minutach przeczytał dwa razy to, co napisał, zastanawiał się nad tytułem, w końcu dopisał u góry „Dla niej”.

„Dla niej”

Zostawiłeś strzępy słów
słyszę je w dzień i w nocy
są jak klejnoty
porozrzucane po zaułkach wspomnień
Tak dużo niedomkniętych kwiatów
i gorzkiej tęsknoty
są jak kamieniste ścieżki
jak zagubiony motyl
Wyjechałeś tak nagle
powoli cichną rozpaczy szlochy
niezmąconą ciszą
mój dom drwi i dygocze
Znów na próbę wystawiłeś serce
w kajdany spięte
karmi się czułym na twój powrót czekaniem
Wróć do mnie proszę
wróć do mnie pożądania rzeką
posiwiałych dni tumany w oczy wieją i pieką
Spłuczemy z siebie żale i dramaty rozstania
w twoich ramionach zemdlona doczekam rana
W pióropuszach myśli daremnych i wyciszeniem duszy
czekam na ciebie tułacza, bunt me serce kruszy
Odrętwiałe powieki, skulone, słabe i zmartwione
zaklinają ciszę, zamykają dni nadzieją wypalone

Piotr nie miał teraz czasu, najchętniej usiadłby przed klawiszem i skomponował linię melodyczną do tego tekstu. Nie zawsze akceptował to, co napisał, często kartki trafiały do przysłowiowej szuflady. Do tych wybranych tekstów pisał muzykę bądź dodawał je do oferty w swoim wirtualnym sklepie. Miał tam już ponad 1400 autorskich tekstów i wciąż pisał nowe. Wiele z nich doczekało się profesjonalnych wydań w postaci płyt i wideoklipów. Można je wszystkie znaleźć w serwisie YouTube. Z zamyślenia wyrwał go sygnał telefonu.
– Właśnie miałem do ciebie dzwonić.
– Ach tak, a ja myślałam, że zapomniałaś o mnie. Głos Elizy były lekko chropowaty, dość charakterystyczny jak na kobietę.