morze

wracam do ciebie
z piskiem mew matowieją udręki
oczy płowieją metaforą czasu
szum źrebną falą wiatru
bełta mi w głowie

usta dopełniają magii
chłonąc przybrzeżny wody afekt
szepczą bez sensu
oczarowania różaniec

powłóczę się jak żeglarz bez mapy
w końcu dobiję do brzegu
banału i monotonii
codzienności