O mnie

Janusz Strugała, koncerty, Kołobrzeg, muzyk, wokalista, pisarz, poetaJanusz Strugała

Urodziłem się w Chodzieży, mieście malowniczo położonym wśród lasów i jezior. Tam skończyłem szkołę podstawową. Miałem wielkie szczęście, trafił nam się wyjątkowy pedagog, fizyk, ale również zapalony fotografik i filmowiec. To on, Jerzy Wiburski, zaraził mnie fotografią. W szkolnej ciemni wywoływałem tysiące zdjęć, potem filmy. Byłem także „dyżurnym” operatorem projektora. W tamtych czasach nie było telebimów, komputerów, tabletów, internetu. Dzieciaki oglądały filmy w zaciemnionej klasie, filmy na taśmie celuloidowej. To samo dotyczyło fotografii. Klasyczne klisze, powiększalnik, kuwety, na końcu suszenie zdjęć.
W szóstej klasie zacząłem się interesować także elektroniką, która była wówczas na etapie lamp i tranzystorów. Od zawsze mój pokój był jednym wielkim warsztatem elektronicznym i ciemnią. W tamtych czasach wydarzyło się jeszcze coś ważnego, co zaważyło na całym moim życiu.
Miałem w klasie kolegę, Waldek Krupa, który pokazał mi list, dostał go od dziewczyny z Japonii! Pisała oczywiście po angielsku. Były to proste zdania, z perspektywy czasu zabawne. To mnie zaintrygowało i zacząłem kupować „Mozaikę angielską”. Dwutygodnik bodajaże, do nauki języka dla dzieci. Przypomnę, że to były czasy głębokiego PRL’u.

Kontakty z zachodem, nauka języka, nie były mile widziane. Po kilku miesiącach ja również pisałem listy do Japonii.
Byłem uparty i pozostałem przy tym. Późniejsze moje zawodowe sprawy, związane głównie z Internetem, wymagały bezwzględnie znajomości angielskiego. Tak jest zresztą do dzisiaj. Wszelkie kodowanie, skrypty, oprogramowanie, to wyłącznie angielski.
To wszystko, co chłonąłem bezgranicznie w podstawówce, również wyznaczyło moją drogę życiową. Było coś jeszcze…
Chodzież to stare miasto, z bogatą tradycją. Już od lat 60′ odbywały się tam warsztaty jazzowe, zasięg ogólnopolski, potem nawet europejski. Będąc pacholęciem, do moich pasji, o których wspomniałem, doszła także muzyka, głównie gitara. To była choroba… Ucząc później dzieci, w niektórych oczach widziałem ten „błysk” i parcie na granie.
Coś takiego miałem i mam do dzisiaj. Muzyka jest obecna wszędzie, nieraz nie zdajemy sobie z tego sprawy. Słuchanie to jedno, ale granie i śpiewanie, to już wyższy stopień wtajemniczenia i niesamowita adrenalina. Ogłoszenia, katalog stronPo skończeniu technikum pracowałem w Chodzieskim Domu Kultury jako instruktor fotografii. Miałem to szczęście, całe życie zresztą, że robiłem zawodowo coś, co lubię, czym się pasjonowałem. Z tego okresu chciałbym przypomnieć kilka nazwisk, wspaniali ludzie, którzy byli podobnymi do mnie pasjonatami.
Dyrektor Jan Margowski, muzyk, wykładowca, także sprawny organizator. Był czas, że zebrał nas kilkoro i stworzyliśmy zespół fletowy, potem duży big band. Były koncerty na dużej scenie. Halinka Nidecka, wówczas Cichocka, bracia Kończewscy, plastyk Andrzej Skibiński, Cezary Górski i wielu innych, niektórzy już niestety odeszli.
Muszę tutaj wspomnieć znakomitą postać polskiej sceny jazzowej: Jarosław Śmietana. Zmarł wcześnie, rak mózgu, rok 2013. Wielka strata dla polskiego jazzu. Wspominam go często, ponieważ zawsze fascynował mnie swoją grą, chodziłem na jego lekcje w czasie warsztatów. Warsztaty miały to do siebie, że codziennie wieczorem, nieraz do białego rana, na otwartej scenie odbywały się jam sessions, w których mógł zagrać, improwizować, każdy uczestnik, mając wokół siebie znane nazwiska. Takie chwile pozostają na zawsze w pamięci. Zrobiłem wówczas, w ciągu tych kilku lat, dziesiątki tysięcy zdjęć, niestety straciłem całe archiwum.

Od zawsze byłem humanistą, matematyka nie była moją mocną stroną. Mój pierwszy autorski tekst został opublikowany w gazecie, która wówczas ukazywała się na terenie dawnego województwa pilskiego. Napisałem recenzję z koncertu w Chodzieskim Domu Kultury. To był dla mnie kubeł zimnej wody, wylany na drugi dzień, na moją nieszczęsną głowę, oczywiście przez dyrektora. Recenzja była szczera, pisałem o swoich wrażeniach, oceniłem muzyków… O mało nie wyleciałem z pracy. Dano mi do zrozumienia, że należy chwalić, albo nie pisać wcale. Zrozumiałem wówczas, cóż to jest odpowiedzialność za słowo i jak potężny jest przekaz mediów.

telewizja asta piłaZ mediami związany byłem i jestem do dzisiaj. W latach osiemdziesiątych wyprowadziłem się z żoną do Piły i tam zatrudnił mnie, na etacie tłumacza, ówczesny senator Henryk Stokłosa. Pracując  później jako menager od reklamy i grafik komputerowy zacząłem również, popołudniami, „bawić” się w montowanie programów telewizyjnych, w raczkującej telewizji kablowej Astra. Na zdjęciu obok pracuję z właścicielem i założycielem Zbigniewem Ryczkiem. W radiu senatora miałem dwa razy w tygodniu autorski program motoryzacyjny. Ciekawa przygoda i praca. Pisywałem także do Tygodnika Nowego. Telewizja, dzisiaj Asta Net, bardzo szybko pozyskiwała nowych odbiorców, obecnie jest ich już setki tysięcy i rozbudowany własny program. Wówczas, choć nabywany był najnowszy sprzęt, z perspektywy czasu, wydaje się bardzo prymitywny. Technologia zrobiła niebywały postęp i stało się to na przestrzeni jednego, mojego pokolenia. To samo dotyczy fotografii i muzyki.
Praca w telewizji stała się moją pasją, zrezygnowałem z pracy u senatora i bez reszty zaangażowałem się w produkcję programów. Po kilku latach, już jako właściciel Agencji Medialnej, miałem stały kontrakt na trzy programy, które emitowane były w każdym tygodniu. Był to m.in. program sportowy „Tempo”, który prowadził i komentował znakomity dziennikarz Piotr Gruntkowski. Poniżej „teledysk” z tamtych lat. Do drugiego „Co jest grane”, zapraszałem wokalistów, młode talenty. To było, jak na tamte czasy, niebywałe. Mogli zaprezentować się szerokiej publiczności. Piosenka autorska, tekst Marek Piątkowski, muzyka Cezary Górski.

To był czas, kiedy powoli otwierały się nowe możliwości wirtualnego przekazu. Powstał Internet. Pierwsze strony pokazał mi znajomy dziennikarz z Tygodnika Nowego. To było dla mnie wielkie zaskoczenie i impuls. Wcześniej zajmowałem się pisaniem programów komputerowych, więc opanowanie sztuki webmasterskiej nie było dla mnie trudne. Zajmuję się tym do dzisiaj. Pozwoliło mi to również uruchomić własną, wirtualną telewizję.

Za „pióro” chwyciłem późno, chociaż pisałem wszystkie komentarze do programów telewizyjnych i artykuły prasowe. Przyczyniła się do tego moja żona, Bożena. Dla niej pisałem pierwsze „wiersze”. Nie nazywam siebie poetą, czy pisarzem, chociaż wydałem dwie książki i tomiki wierszy… Wszystko można znaleźć na tej stronie. Zapraszam do lektury. Niegdyś prowadziłem bardzo poczytny portal poeci.com Z przyczyn technicznych upadł po kilku latach i nie udało mi się odzyskać bazy danych. Od roku prowadzę nowy naszapoezja.pl Zapraszam piszących do publikowania swoich tekstów.

Od dzieciństwa związany byłem z Kołobrzegiem. Tu mieszkała moja śp. ciocia i do niej przyjeżdżaliśmy na wakacje. Pamiętam doskonale to miasto z lat siedemdziesiątych, bardzo się zmieniło. Morze było i jest dla mnie natchnieniem, w moich planach życiowych miałem dwie opcje: Poznań albo Kołobrzeg. Stało się tak, że mieszkam tu od kilku lat i jestem z tym miastem zawodowo związany.

Od 2017 należę do kołobrzeskiego oddziału Stowarzyszenia Autorów Polskich

Stowarzyszenie Autorów Polskich SAP Kołobrzeg